niedziela, 3 lipca 2016

"Spotkanie nad jeziorem" - opowiadanie z 2003 roku

Szperając w mojej skrzynce pocztowej sprzed lat, przez przypadek znalazłam bardzo starą wiadomość, którą wysłałam sama do siebie. A w niej... Zapomniane opowiadania! Zaraz ściągnęłam załączniki i ze sporą dozą ciekawości oraz śmiejąc się zdrowo, zagłębiłam się w lekturę historii, które wymyśliłam ponad dekadę temu. Postanowiłam też się nimi z Wami podzielić. Zaczynam od mojej ulubionej opowieści, która stała się inspiracją dla książki zatytułowanej "Little Bea" czyli "Mała Bea" (więcej o tym tomie TUTAJ oraz TUTAJ). Opowiadanie to napisałam - jak sugeruje data pod dokumentem - dokładnie 3 stycznia 2003 roku. Poznajcie To i trytonowatego stwora iminieniem Biskup...

Obraz STĄD


             Trytonowaty stwór o różowym ogonku wyłonił swój łeb z jeziora i rozejrzał się wokół. Zastanawiał się właśnie czy dzielnie wkraczać na dalsze stopnie rozwoju ewolucyjnego, co zmusiłoby go do wychodzenia na ląd, czy też lepiej pozostać w miłej, mokrej wodzie, w której tak dobrze się pływało. Po chwili westchnął i z ociąganiem ruszył w kierunku brzegu. Obowiązek wzywał.

Josue, zielona, żabopodobna istota, grzebał właśnie w mule. Wykopał już spory jak na jego możliwości dołek, odrzucając wytrwale muł swymi małymi, spryciarskimi łapkami, zakończonymi czterema przyssawkami. Rozejrzał się wokół wiecznie wytrzeszczonymi oczyskami i pokręcił łebkiem we wszystkie strony. Powęszył przez chwilę wciągając hałaśliwie powietrze nozdrzami, podreptał nerwowo w miejscu i wygrzebał refleksyjnym ruchem jeszcze trochę mułu. Nagle podskoczył w miejscu, zakręcił się dwa razy wokół własnej osi i wpadł do wykopanego przez siebie dołka. Mrucząc coś pod nosem wygramolił się z niego niezdarnie i wziął nogi za pas. Na wszelki wypadek.

Trytonowaty stwór o różowym ogonku miał na imię Biskup. Dopłynął do brzegu, otrząsnął się z wody i popatrzył dookoła. Nie chciał opuszczać swego jeziora, ale historia ewolucji wyznaczyła właśnie jego do smutnej roli wychodzenia na ląd. Mama od dzieciństwa powtarzała mu: „To będzie mały krok dla ciebie, a wielki skok dla nas, trytonowatych stworów z różowymi ogonami”. Co robić, Biskup musiał się z tym pogodzić. Położył swe oślizgłe cielsko na plaży w taki sposób, by cały czas obmywane było przez niewielkie, chłodne fale i czekał aż wyrosną mu nogi. Było samo południe.

Nad jezioro przyszedł To. To był niezbyt dużą roślinożerną istotą, niesklasyfikowaną gatunkowo. Miał koślawe zielone nogi, na których chwiał się jego prawie prostokątny korpus z dwoma giętkimi rękami. Każda z nich była dwukrotnie dłuższa od nogi, każda też pokryta była niewielkimi brodawkami. Po przeciwnej stronie korpusu w stosunku do nóg To miał głowę. Całkiem zwyczajną. Niezbyt dużą, niezbyt małą, ze zwyczajnym, niezbyt małym i niezbyt dużym nosem i dużymi, pięknymi, bursztynowymi oczami. Pod nosem tkwiły szerokie usta, które w grymasie uśmiechu mogłyby ukazać rząd białych, równych zębów. To gryzł nimi pożywienie składające się głównie z trawy pospolitej i niektórych gatunków jagód. Jednak To rzadko się uśmiechał. Podejrzewał, że wszyscy jego pobratymcy wyginęli.

To szedł nad jezioro w poszukiwaniu odpoczynku i spokojnego miejsca do przemyśleń. Poza tym chciał trochę opalić swoje długie, giętkie ręce w celu wyeliminowania brodawek. Prawdopodobnie pojawiały się one z powodu braku tych wszystkich dobroczynnych składników, które może dać skórze odpowiednia ilość słonecznych promieni.

Oprócz tego To podejrzewał, że świat jest zepsuty.

Biskup leżał już na plaży dobre pół godziny i zaczynał się niecierpliwić, bo nogi wciąż nie chciały mu wyrosnąć. Nie miał co robić, nudziło mu się niemiłosiernie. Tylko raz gdzieś w krzakach mignęło mu żabopodobne stworzenie, plaszczące ośmioma przyssawkami o grunt. Słońce przygrzewało w sam raz, woda była letnia – taka, jaką Biskup lubił najbardziej i byłoby nawet w porządku, gdyby miał tu jakieś towarzystwo. W jeziorze na przyzwoitej głębokości zostawił swoich braci i siostry, całe rzesze trytonowatych stworów z różowymi ogonami, za którymi zaczynał już tęsknić. Bardzo chciał wrócić już do siebie, ale wyobraził sobie zawiedzione miny swej rodziny gdy powie im, że nogi nie chciały mu wyrosnąć i wcale nie zrobił nic dla rozwoju ewolucyjnego trytonowatych stworzeń o różowych ogonach. Zdecydował, że poleży tu jeszcze trochę.

To zbliżał się do brzegu. Po drodze podjadał sobie trawę, zbierając ją swoimi długimi rękami i przeżuwając kompletem białych, równych i mocnych zębów. Rozglądał się ciekawie po okolicy, a jego przejrzyste bursztynowe oczy zapamiętywały każdy jej szczegół – także żabopodobne stworzenie gapiące się na niego przez chwilę spomiędzy wysokich trzcin, które – gdy tylko zauważyło, że To je widzi – podskoczyło i szybko schowało się w głąb gęstwiny, potykając się o swoje cztery zakończone plaskającymi przyssawkami łapki. To popatrzył za nim ciekawie, ale zaraz jego uwagę przykuło co innego; coś, na widok czego bardzo się zdziwił. Na niewielkiej, całkiem przyjemnej plaży leżał średniej wielkości trytonowaty stwór zakończony w części tylnej różowym, podkręconym lekko ogonkiem, który ze znudzeniem gapił się w niebo. To wycofał się, nie chcąc przeszkadzać trytonowatemu, ale po chwili marszu doszedł do wniosku, że jest trochę zmęczony i nie chce mu się szukać innego miejsca, tym bardziej, że mała plaża wydała mu się bardzo przyjemna. I chociaż To zazwyczaj unikał spotkań pierwszego stopnia z kimkolwiek ze względu na swoją nieśmiałość i kompleksy dotyczące własnego wyglądu oraz przemyśleń na temat świata i praw nim rządzących, tym razem zebrał się na odwagę i śmiało wyszedł na niedużą połać piaszczystego brzegu.

-Przepraszam bardzo – rzekł, zwracając się do trytonowatego stwora o różowym ogonie – Czy nie będę przeszkadzać, jeśli siądę sobie tu na chwilę?

-Nie, skąd. – odparł Biskup, wyrwany z ponurego zamyślenia – Zapraszam serdecznie. I tak strasznie mi się nudzi.

Leżeli sobie przez chwilę w milczeniu, wygrzewając się na słońcu.

-Kim jesteś? – spytał po chwili Biskup, mrużąc oczy i mamlając źdźbło trawy.

-Nie wiem. Wszyscy, których poznałem mówili na mnie To. Ale nie wiem kim jestem. Jestem niesklasyfikowany gatunkowo.

-Aha. To musi być chyba trochę przykre? – zapytał Biskup ze współczuciem.

-Nie wiem. Chyba tak. – odparł To drapiąc się po nodze. – Starałem się nie myśleć o tym w ten sposób.

-Nazywam się Biskup. – przedstawił się Biskup – Leżę tu i czekam, i doczekać się nie mogę.

-Hm. – powiedział To. Ciekaw był powodu czekania nowego znajomego, ale miał Zasady. Nie pytał, jeśli nie musiał. Wychodził z założenia, że jeśli ktoś chce mu coś powiedzieć, to i tak to zrobi.

-Strasznie mi się nudziło zanim przyszedłeś. Nie było do kogo się odezwać, nic się nie działo. Zupełny zastój. Marazm.

-Cieszę się, że do czegoś się przydałem. – powiedział To.

-Skąd przyszedłeś?

-Nie wiem. W pewnym momencie zgubiłem się na świecie. Chodziłem i szukałem istot podobnych do mnie, ale nie było.

-Byłeś wszędzie?

-Sam nie wiem. Byłem już w tylu miejscach, że się zgubiłem. Możliwe, że coś ominąłem.

-Przykro mi.

-Hm. – powtórzył To.

-Ja też mam problem. Leżę tu i czekam aż wyrosną mi nogi.

-Aha…

-Nie rosną.

-Ile czasu już tu jesteś?

-Około godziny, a nóg jak nie było, tak nie ma. A muszą mi wyrosnąć, żebym mógł zrobić mały krok, który będzie dużym skokiem dla wszystkich trytonowatych stworów z różowymi ogonami.

-Aha.

-Ewolucja, sam rozumiesz. – dodał Biskup.

-Rozumiem.

-To okropne brzemię, wierz mi. Mieszkasz z rodziną i przyjaciółmi w jeziorze, kochasz swoją wodę, aż tu nagle przychodzi czas na ewolucję i musisz wydostać się na ląd, by zrobić krok.

-Rzeczywiście. – powiedział To drapiąc się w drugą nogę.

-Masz długie ręce. – zauważył Biskup.

-Wiem. Ma to swoje wady i zalety.

-Pewnie. Tak samo jak bycie trytonowatym stworem z różowym ogonem.

Milczeli przez chwilę. To popatrzył na swoje ręce. Nie mylił się – pod wpływem słońca brodawki prawie zniknęły.

-Nadal nie mam nóg. Ani jednej.

-Nie przejmuj się. – pocieszał Biskupa To. – Zawsze może być gorzej. Mógłbyś na przykład nieszczęśliwie się zakochać albo przez przypadek wbić sobie w oko twardą trzcinę.

-Rzeczywiście. – zastanowił się Biskup – Mimo to moja sytuacja jest jednak beznadziejna.

-Może nie tak bardzo jak myślisz. Muszę już iść. Odpocząłem, zażyłem promieni słonecznych, więc muszę szukać istot takich jak ja.

-Cóż, wobec tego idź. Życzę ci powodzenia.

-Dziękuję. – To wstał z ciepłego piasku.

-Bez ciebie będę tu bardzo samotny.

-Tylko ci się tak wydaje. – odparł To i poszedł.

Biskup leżał więc na plaży pogrążony w niewesołych rozmyślaniach. Trwało to jeszcze jakiś czas, gdy nagle zza krzaków wyłoniło się żabopodobne stworzenie z czterema przyssawkami na każdej łapce i wpatrzyło się w Biskupa. Ten poczuł się zirytowany, bo stworzenie na dodatek gapiło się na niego wytrzeszczonymi oczkami.

-Czego chcesz? – burknął Biskup.

-Śmieszny masz ogon. – zaskrzeczało żabopodobne cienkim, bezczelnym głosikiem.

-A co ci do tego? – zdenerwował się trytonowaty stwór o różowym ogonie.

-No nic. Jak się nazywasz?

-A co cię to obchodzi?! – Biskup prawie krzyknął, poirytowany już mocno bezczelną pozą malucha.

-Bo... – stworzenie nagle straciło całą swoją butność i zaczęło nerwowo grzebać łapkami w mule, co wywoływało plaskający odgłos – Bo pomyślałem sobie, że moglibyśmy... moglibyśmy się poznać i może polubić, i w ogóle...

-O, a co skłoniło cię do obdarzenia mnie swymi względami? – spytał opryskliwie Biskup, patrząc na swego rozmówcę złym wzrokiem.

-Bo... bo jesteś pierwszym trytonowatym stworem ze śmiesznym różowym ogonem, który siedzi tyle czasu na lądzie i który rozmawia normalnie bez zanurzania się pod wodę, i który nie rzęzi przy oddychaniu, bo ja się tego boję, i pomyślałem sobie, że mógłbyś być moim przyjacielem, a ja twoim, i..., i... – stworzenie urwało, po czym wbiło wzrok w odgarniany przez siebie muł.

-Też coś! Ja twoim przyjacielem! Ja mam śmieszny ogon! A ty jesteś małym... – Biskup urwał, bo żabopodobne stworzenie wytrzeszczyło jeszcze bardziej i tak już do granic możliwości wytrzeszczone oczy, które wypełniły się łzami i nieznacznie zaczęło wycofywać się w krzaki. Biskupowi zrobiło się go żal.

-Hej, nie odchodź. – stworzenie zatrzymało się w pół kroku – Siadaj, pogadamy. Jak się nazywasz?

-Josue. – stworzenie podeszło bliżej.

-Ja jestem Biskup. Siadaj. – Josue przysiadł się do Biskupa.

Uśmiechnęli się do siebie.

-Znasz już jakieś trytonowate stwory z różowymi ogonami? – zapytał Biskup.

-N-nie. – odpisnął Josue – Do tej pory bałem się ich okropnie.

-Dlaczego? – zdziwił się Biskup.

-Bo zawsze rzęziły, o tak – pokazał jak, co przy cienkim głosiku zabrzmiało komicznie. Trytonowaty stwór roześmiał się.

-Nie było się czego bać, po prostu my, trytonowate stwory z różowymi ogonami nie umiemy oddychać na lądzie dłużej niż kilka minut... – Biskup zastanowił się – Dłużej niż kilka minut... – powtórzył zamyślony – Dłużej niż kilka minut, a ja jestem tu już... i... o rany...

-Co? – przestraszył się Josue.

-Ha! – wykrzyknął Biskup na cały głos i zaczął się śmiać uszczęśliwiony.

-Co się stało? – spytał żabopodobny stworek, uśmiechając się nieśmiało i z przyzwyczajenia z plaskaniem grzebiąc w wilgotnym piasku.

-Zrobiłem to! Zrobiłem mój krok! – wykrzyknął Biskup – Bo, widzisz, leżałem tu i czekałem aż wyrosną mi nogi, żeby zrobić krok... – zaczął wyjaśniać Josue Biskup.

            Długo tak rozmawiali: trytonowaty stwór z różowym ogonem i zielone, żabopodobne stworzonko, zanim Biskup opowiedział swej rodzinie w jeziorze o radosnej nowinie.


To, który był już daleko, uśmiechnął się uśmiechem, który odsłonił mu komplet białych, równych zębów i znalazł swe odzwierciedlenie w jego przejrzystych, bursztynowych oczach. Potem westchnął. Czuł, że ma przed sobą jeszcze długą drogę.

2 komentarze:

  1. Fajne, lekkie opowiadanko.

    W niektórych miejscach jest niepotrzebna kropka albo jej brakuje.

    Myślniki powinny być długie, a po nich odstęp.

    „-Nazywam się Biskup. – przedstawił się Biskup – Leżę tu i czekam, i doczekać się nie mogę.” - Zamiast „przedstawił się Biskup”, lepiej dać: przedstawił się trytonowaty stwór. Unikniesz powtórzenia tego samego wyrazu blisko siebie. Po pierwszym „Biskup” niepotrzebna kropka.

    „-Nie przejmuj się. – pocieszał Biskupa To. – Zawsze może być gorzej. Mógłbyś na przykład nieszczęśliwie się zakochać albo przez przypadek wbić sobie w oko twardą trzcinę.” - Powinno być: To pocieszał Biskupa. Po „się” niepotrzebna kropka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak szczegółową analizę tekstu! Pozdrawiam. :)

      Usuń