czwartek, 9 czerwca 2016

Ryby akwariowe i ogrodnictwo - hobby państwa Sandbanks

Jak wszyscy wiemy (ahem...), państwo Sandbanks, bohaterowie serii książek o przygodach chłopca z dziwnym imieniem - Qwerty Seymore, mają osobliwe hobby. Roger, z pozoru niepozorny pan, który nie przepada za krawatami, uwielbia ryby. Zaś Terry Sandbanks kocha ogrodnictwo i w swoim ogrodzie spędza każdą wolną, słoneczną chwilę, sadząc, kopiąc, grabiąc i przycinając. Dlaczego wybrałam dla nich takie właśnie zajęcia? Oto dlaczego: 

Terry i Roger
Roger i Terry Sandbanks
Rys. Grzegorz Like

Zacznijmy od Rogera - pan Sandbanks ma absolutnego fioła na punkcie rybek. Nie jest przypadkiem, że takiegoż fioła miał również mój dziadek. W latach 80-tych XX stulecia (rozumiem, że dla niektorych czytelników tego blogu to zamierzchłe czasy...) ten łysawy, mądry i sprytny facet kleił akwaria z szyb, umacniając je białym klejem (trzymało to ustrojstwo lepiej niż jakikolwiek klej, którego dane mi było kiedykolwiek używać; jako dziecko uwielbiałam smarować nim ręce, czekać aż "wystygnie", a potem ściągać gumianą warstwę z palców - taki odpowiednik dzisiejszych maseczek na twarz...). Potem wypełniał je okrągłym żwirkiem, skądś kobinował prawdziwe rośliny, wypełniając wnętrze wodą i lekko kołyszącą się, zieloną grzywą, a gdy już wszystko było gotowe - wrzucał tam ryby.

Zanim jeszcze nauczyłam się czytać, wiedziałam już, które to były gupiki, molinezje, skalary, mieczyki, nawet glonojady, do których po dziś dzień mam szczególną słabość. Mój dziadek - człowiek z wieloma zainteresowaniami, nawiasem mówiąc, potrafił mieć kilka akwariów jednocześnie, zabierając nimi zdecydowaną większość wolnej przestrzeni w 3-pokojowym mieszkaniu. A jak były małe rybki, to je wyławiał i trzymał osobno, żeby dorosły w spokoju, niezjedzone przez inne, większy ryby. Ja miałam jedno akwarium w swoim mieszkaniu, a dla rybek kroiłam nożem dżdżownice złapane po deszczu. Rybki je uwielbiały. To jest, dopóki nie zrobiłam się trochę starsza. Przyszedł taki moment, kiedy ręka odmówiła mi posłuszeństwa i tak zwane glizdy wróciły do ziemi nietknięte, a ryby musiały zadowalać się suchą karmą.

skalary
Skalary - obraz stąd

Co ciekawe, kolejnym ulubionym sposobem mojego dziadka na spędzanie czasu bylo łowienie ryb w okolicznym stawie. Małe hodował, a duże ukatrupiał i zjadał z przyjemnością i ostrożnie usuwając z nich ości. Osobiście najbardziej lubiłam ikrę, którą moja babcia smażyła specjalnie dla mnie...

Powyższe nie tylko zapewniało dobre źródło pozytywnych składników odżywczych dla całej rodziny, ale także nauczyło mnie trzech pożytecznych rzeczy: 1) żyłka w domu zawsze się przydaje, najlepiej gruba; 2) wędki mogą służyć jako wiele rzeczy - np. jako kopia w zabawie w turniej rycerski lub narzędzie do otwierania najwyżej polożonego pawlacza; 3) zemstą ryb rzecznych za ich złowienie są ości; trzeba upewnić się, że usunie się je z każdego kęsa, a gdy stanie ci taka w gardle, zjedz chleba i popij - jest nadzieja, że wyjdziesz z tego bez szwanku...

Ryba
Niech ci ością w gardle stanę!... Obraz stąd

To tyle o rybach. Mój dziadek zmarł na raka, dobity ostatecznie przez cukrzycę i lekarzy, gdy miałam siedem lat, w listopadzie. Szkoda, bo w ciągu tak krótkiego czasu zdążył nauczyć mnie sporo innych ciekawych rzeczy: jak grać w warcaby (znam tylko dwie osoby, z którymi nie mogłam wygrać), że nie trzeba się z niczym spieszyć, że zawsze trzeba być ostrożnym i słuchać tych, którzy wiedzą więcej o ostrych haczykach, zamiast wkładać w nie paluchy, że cierpliwość popłaca, a także co to znaczy mieć wśród ludzi autorytet. Acha, i jeszcze że dzisięć pudełek po zapałkach pasuje idealnie na kartkę pocztową; gdy się je na taką przyklei, jedno koło drugiego (po pięć z każdej strony), od spodu doklejając kolejną kartkę, otrzymuje się estetyczne i praktyczne pudełko do składowania haczyków, małych gwoździ i innych tego typu drobiazgów. Gdy jego żywy umysł niefortunnie opuścił ziemskie progi, miał zaledwie 53 lata. Zaszczepił jednak we mnie to specjalne zainteresowanie dla akwariowych ryb, które z przyjemnością "zainstalowałam" w osobie ojca Angeliny Sandbanks.

Roger Sandbanks, tata
Roger Sandbanks
Rys. Grzegorz Like

Rzecz z Terry ma się nieco inaczej. Ogrodnictwo było dla mnie czymś nieosiągalnym, podobnie jak jedzenie krewetek na przełomie dekad 1980/1990. Wychowałam się - jak wielu z mojego pokolenia - w mieszkaniu, w 2-piętrowym bloku. Nie było to osiedle reprezentacyjne, bynajmniej, ale budynek oddalony był o 100 metrów od lasu i jakieś 600 metrów od stawu (z rybami). I, co najważniejsze, pod oknami miał okolone żywopłotem ogródki, które - w zależności od inicjatywy mieszkańców - stały sobie pełne chwastów lub nie...

Ten pod moim oknem zastał zaanektowany przez panią Dubową, która nie pałała bynajmniej sympatią do nas, jako sąsiadów z góry, za to z lubością przycinała róże i pieliła coś-tam na wiosnę. W rezultacie wyrastały tam różnokolorowe pąki, a ja wkradałam się do środka, gdy wydawało mi się, że nikt nie widzi i wyżerałam poziomki, które rosły po bokach.

Ogródek ten zawsze mnie przyciągał, nie wiedzieć czemu. Do tego stopnia, że ja i znajoma z tej samej klatki (tj. tej w bloku...) wykopałyśmy dół w sąsiednim, co do którego żaden sąsiad nie miał szczególnych roszczeń, i zasiałyśmy maciejkę, której nasiona skądś-tam miałyśmy. Nawet wyrosła, chociaż rezultaty były raczej średnie. Wystarczyło to jednak, aby zaszczepić we mnie miłość do roślin - nauki mojego dziadka o cierpliwości bardzo się przy tym przydały, bo mijają całe wieki, zanim cokolwiek urośnie...

Terry Sandbanks, mama
Terry Sandbanks
Rys. Grzegorz Like

Zainteresowania w dziedzinie ogrodnictwa czekały na swoją kolej, uśpione gdzieś-tam w mojej podświadomości. Kolejne kwiatki na parapecie usychały, a ja klęłam na paprocie, które były w domu, bo paskudztwa ciągle gubiły te swoje pierdołowate liście i trzeba było odkurzaczem non-stop sprzątać. Potem sadziłam kwiatki w pseudo-ogródkach wynajmowanych mieszkań, w końcu na własnym balkonie... Były tam nawet róże, ale nie przetrwały, niestety. I w końcu - mam swój ogród, w którym rosną mi nawet winogrona... Teraz znam nazwy niemal wszystkich kwiatków i krzewów, które mam, i nawet ogórek nie buntuje sie i wypuszcza nowe liście. I zaczynam rozumieć Terry Sandbanks coraz lepiej...

Krzewuszka weigela
Weigela (krzewuszka) w naszym ogrodzie - rozkwitniona...

Jeśli ciekawi jesteście państwa Sandbanks i ich hobby, a także co takiego wydarzyło sie z pozoru zwykłemu chłopcu o niezwykłym imieniu, polecam:

Trzy pierwsze części przygód Qwerty'ego Seymore'a dostępne są jako ebooki za darmo na stronie beezar.pl


"Qwerty: Historia" - KLIK

"Qwerty: Zagubiony w Czasie" - KLIK 

"Qwerty: Kod Honoru" - KLIK

Qwerty powieść seria

3 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o rybki i akwarium, Tata mojej koleżanki ze szkoły podstawowej posiadał takie ogromne, potrafiłam godzinami gapić się na te rybki. Miłe wspomnienie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Właśnie ja też się tak wpatrywałam - w jakiś sposób to uspakaja. ;) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. http://www.akwapasja.opole.pl

    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń